Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« gru    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 2004
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 3

Archiwum

puk puk? :)

Witam wszystkie Panie szczęśliwie i nieszczęśliwie zakochane!
Od ostatniego mojego wpisu minęły dwa lata, kawałek czasu, ale naprawdę pozytywnego czasu. Ponad rok temu zamieszkałam z moim chłopakiem, o którym wcześniej coś napomniałam. Los tak chciał, że rozpoczęliśmy wspólne życie bez żadnych tajemnic, bowiem poznał całą prawdę o Brayanie i o mojej przeszłości. Chwilowo rozstaliśmy się, ale z biegiem czasu poukładaliśmy wszystko na nowo, bez przeszkód bez tajemnic i bez nikogo innego w moim sercu. Ujawniona prawda kosztowała mnie utratę dwóch bardzo bliskich osób, ale są błędy które każdy z nas popełnia a które mogą nie zostać wybaczone.. Teraz przynajmniej wiem, ze nic nie dzieje się bez przyczyny..
Wyprowadzka była ciężka, nie mogłam się przyzwyczaić do nowego miejsca tak daleko od Pana Brayana… Nie wierzyłam, że kiedykolwiek zapomnę, ale prawdą jest że czas w połączeniu z odległością potrafi zagoić rany.. Od ponad roku widziałam B. dwa razy, w tym raz jak zaprosił mnie na swoje prymicje i to były ciężkie spotkania, ale teraz jest dobrze ;) Czasem zastanawiam się nad przeszłością, ale to już nie jest tak istotne. B. zawsze zostanie w moim sercu, bo to jest niewykluczone ale już nie jako niespełnione marzenie, tylko raczej jak miłe wspomnienie ;)

Pozdrawiam!

„You know priests can’t marry”

„You know priests can’t marry”

„No, I don’t know as more woman who loved them..”

Witam, po bardzo długiej mojej nieobecności.. Nie odzywałam się bo stwierdziłam, że w taki sposób zapomnę. Lecz to niemożliwe – kocham Go coraz mocniej z każdą postępującą minutą.

Patrząc z zewnątrz, jestem normalną dziewczyną, która serce swe oddała swojemu bezgranicznie kochającemu chłopakowi. Sama chciałabym w to wierzyć.. Tak, mam chłopaka i na prawde to jest ideał, jesteśmy razem 5 miesięcy i przez cały ten czas nie dał mi najmniejszego powodu do zakończenia tej katorgi.. Jest to moja katorga wewnętrzna, On daje mi miłość a ja Jemu nie mogę podarować niczego równie wielkiego.. Ostatnio odkrył że Go nie kocham, zobaczył to w moich pustych oczach gdy zapytał czy kiedykolwiek kochałam lub do teraz kocham kogoś tak mocno jak On mnie.. Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. Moje serce bije ciagle do tego samego kapłana – Jima. To o Nim myślę przed snem i gdy się obudzę, to dla Niego upiększam się, i właśnie dla Jego krótkiego uśmiechu w kościele potrafię nie spać wiele nocy.
Jim nadal jest dla mnie zagadką której szukam rozwiązania. Jest smutny cały czas, Jego usmiech pojawia się gdy zetkniemy ze sobą swoje spojrzenia..
Gdy Mu powiedziałam 5 miesięcy temu, że mam kogoś natychmiast powiedział, żebym dała sobie z Nim spokój bo nie widzi, żebym była szczęśliwa. Przez ten czas mało kiedy rozmawialiśmy bo ciągle nie było czasu, czasem zadzwonił, napisał, zagadał po mszy ale na dłuższą rozmowę brakowało czasu..
Ostatnio miałam urodziny i zamówioną msze z tej okazji, napisał do mnie smsa czy przyjdę, ale nie odpisałam Mu. Przyszłam na mszę z rodziną i chłopakiem, widział mnie, kilka razy zapatrzył się na mnie, lecz już się nie uśmiechał. Wyszłam z kościoła po mszy z rodziną i każdy poszedł w swoją stronę. po paru minutach odczytałam smsa „Wszystkiego najlepszego….” odpisałam Mu poźniej „dziękuje:* ” a On napisał, że jest Mu smutno, że nie zaczekałam po mszy, bo osobiście chciał mi złożyć życzenia i pogadać przy kawie.. Miałam wyrzuty sumeinia, ba! do teraz mam, ale jedyne co obiecałam Mu to, że przyjdę jak najszybciej znajdę chwilę czasu. Ostatnio jak napisałam do Niego to odpisał, że nie ma ochoty na rozmowe ze mną.. Coś jest nie tak a ja nie mogę z tym nic zrobić, może nadal jest zły o to, że wtedy nie zaczekałam, może dla Niego rzeczywiście jestem przyjaciółką. W każdym bądź razie pojdę do Niego porozmawiać i wyczaję co jest z Nim nie w porządku.

Zależy mi na Nim, ale wiem że teraz jest między nami dobrze, utrzymujemy kontakt, rozmawiamy, przynajmniej do tej pory. Ale obecny problem postaram się rozwiązać jak najszybciej. Lepiej być nie może, może w końcu uzmysłowie sobie że nikim więcej nie będzie dla mnie i pokocham swojego chłopaka. Bo jak na razie to Go tylko ranie..

Pozdrowienia :)

Znów przypomniał sobie o moim istnieniu..

Czas przez który nie dodawałam żadnej notki, był czasem w którym Jim nie odzywał się do mnie, jakby po raz kolejny zapomniał, że ja nadal żyje..

Siedząc przed komputerem pewnego wieczora, czuje wibracje w kieszeni. Wyjmuje telefon i moim oczom ukazuje się napis „Jim dzwoni”.

- ….tak?

- hej, myślałem że nie odbierzesz.. co się dzieje? czemu się nic nie odzywasz?

- sam mogłeś się odezwać..

- ale nie chcę Ci się narzucać.

- przecież tak nie jest..

-ale odnoszę takie wrażenie. Co u Ciebie słychać?

- zabiegana jestem, matury, jutro konkurs i w ogole

- ten konkurs?

- tak, ten..

- będę trzymał kciuki

- dzięki ale nie musisz się wysilać…

- ugh buntownik… kiedy do mnie przyjdziesz?

- nie wiem

- to się zastanów, bo czekam na Ciebie

- nie mam czasu i Ty też nie masz więc darujmy sobie

- ja tam dla Ciebie znajdę czas i wciąż czekam..

- …..

- jesteś?

- przecież nie uciekłam

- to przyjdziesz po niedzieli?

- zobaczymy

- czekam na Ciebie, liczę że tym razem nie zawiedziesz

- zobaczę

- trzymaj się

- Ty również

-pa

.- pa…

Po tej rozmowie znów miałam w głowie mętlik. Czemu On się pojawia i znika? I od czego to do cholery zależy??? Stwierdziłam, że najlepiej będzie nic się nie odezwać to zapomni i nie będzie mnie truł spotkaniem się. I się przeliczyłam.. Następnego dnia o godzinie 22..

- …..

- ej jesteś tam?

- tak jestem

- cześć, jak konkurs poszedł?

- w miare w porządku, nie narzekam

- to dobrze, może mi dokładniej opiszesz szczegóły?

- nie działo się nic specjalnego..

- na którą idziesz do kościoła jutro?

- człowieku ja nie wiem czy w ogóle pójdę a Ty się mnie pytasz na która?

- dlaczego nie chcesz iść ?

- po prostu mi się może nie chcieć i tyle.

- proszę Cie przyjdź.. Będę sprawdzał na każdej Mszy czy jesteś

- cóż Ci tak zależy??

-chcę z Tobą porozmawiać, mówię poważnie i proszę, nie wykręcaj się znowu

- Ty chcesz ze mna porozmawiać. hah a niby o czym?

- po prostu chcę i już, obiecaj mi że jutro będziesz w kościele

- nie będę Ci nic obiecywać..

- będę na Ciebie czekał i dorwę Cię choć na chwile

-eh..

- dobra nie męczę Cię już, jutro pogadamy

- zobaczymy….

- spij dobrze, papa

-pa

O co może Mu chodzić? Chyba nigdy nie poznam prawdy jak nie pójdę z Nim pogadać..

Zycie kołem się toczy…

Jeszcze niedawne chwile pokazały mi, że być może znaczę coś dla Niego.. Tyle przeżyliśmy niejednoznacznych chwil właściwie u swego boku… Pozostały tylko wspomnienia… Ale co z Jego dawną troską o mnie?? Jak dzwonił, jak pisał, jak nalegał abyśmy się spotkali nie jeden raz… Gdzie to uciekło? Ale patrząc z innej strony, to zupełnie nie wiem dlaczego mnie to wszystko dziwi.. Przecież tak jest zawsze tym bardziej w Naszym przypadku.. Jeśli już jest dobrze, to minuty dzielą od tego aby wszystko zamieniło się w coś przeciwnego…

Jim znowu robi wyjazd rekolekcyjny, tym razem nie na dwa dni, ale na pięć dni.. Na samym początku podkreślił, że jeśli nie będzie 10 osób chętnych minimalnie, to wyjazd będzie odwołany.. Już na samym początku napisałam do Niego, że nie jadę na te rekolekcje.. Żadnej odpowiedzi nie otrzymałam, a przecież to My oboje wymyśliliśmy zorganizować taki właśnie wypad na parę dni.. Ale On już zapomniał, zapomniał o tych wszystkich rozmowach na temat Jego wewnętrznej przemiany wywołanej młodzieżą,  którą się zajmuje… zapomniał o moim istnieniu… Nawet nie zainteresował się powodem mojej odgórnej niechęci do wyjazdu.. A przecież niegdyś (przed ostatnimi rekolekcjami we dwoje) tak Mu zależało, żebym jechała mimo, że nikt nie jechał…

Na chwilę obecną znowu zaczęło się udawanie, że mnie nie zna… Wczoraj widzieliśmy się w zakrystii.. pokręcił się trochę koło mnie, patrzył na moje smutne oczy ale po prostu wyszedł bez słowa… Potem znowu patrzył na mnie, pewnie nie zauważył tego smutku na mojej twarzy, bo tacy ludzie nie są do tego zdolni…

Wstyd mi spojrzeć w lustro, we własne naiwne odbicie.. Pewna osoba mówiła mi, żebym nie jechała z Nim nigdzie, żebym nie zbliżała się do Niego bo będę cierpieć… Nie wierzyłam Jej.. Bałam się, że historia się powtórzy ale jak zawsze musiałam zaryzykować, żeby na własnej skórze przekonać się, że sama skazuje się na taki los.. Wiedziałam, że będę cierpieć, wiedziałam o tym dobrze i miałam szanse oszczędzić sobie tego, ale nie dało rady.. Nie widzialna siła przyciąga mnie do Niego i cokolwiek mówi rozum, to serce nie chce tego słuchać..

Rekolekcje ;]

- O której mam Cię zawieźć na te jakieś te Twoje rekolekcje?

- Zaczekaj, zadzwonię do Jima i zapytam się na którą cała grupa dojedzie..

- Mam nadzieje, że będzie tam ktoś fajny cobyś nie była sama.. (tylko ja wiedziałam, że Jim przyjeżdża sam na te rekolekcje..)

Po krótkiej rozmowie telefonicznej z Jimem, dowiedziałam się, że za godzinę mam na Niego czekać na dworcu, skąd udamy się do klasztoru. Rozmawiając z bratem, zaczęłam kręcić, żeby nie wyszło, że wiedziałam wcześniej ze będę sama z Jimem na rekolekcjach.. Mojemu bratu się to nie spodobało, ale co mogłam zrobić. Napisałam Jimowi, że okłamałam brata i rodzinę i przeprosiłam Go za to w smsie. Gdy już przyjechał, wsiadł do samochodu mojego brata, który zawiózł Nas do celu. Wysiedliśmy, otworzył mi drzwi do kościoła i poszliśmy znaleźć kolegę Jima, który był tam zakonnikiem. Dał Nam klucze do sąsiadujących pokoi i gdzieś się ulotnił. Siedzieliśmy moment u mnie i wyjaśniłam Jimowi dlaczego nie powiedziałam nikomu, że jedziemy na te rekolekcje tylko we dwoje..

Po połowie godziny zeszliśmy do kościoła, i rozpoczęła się dwugodzinna msza, która zresztą prowadził Jim. Przez całą tą msze byłam dziwnie zestresowana, zmieszana i zagubiona. Tysiące myśli kłębiły się we mnie, szukałam odpowiedzi na tyle pytań, a najbardziej nurtowało mnie, dlaczego pozwoliłam sobie na ten wyjazd, tylko ja i On…

Godzina 21. Ludzie porozchodzili się już do domów, ja nadal klęczałam, a mój świat wirował w myślach… Nawet nie zauważyłam jak Jim klęknął koło mnie.

- Jest chwila przerwy, chodź zjemy coś.

- Nie jestem głodna..

- Chodź ze mną.

- Nigdzie nie idę..

- Chcesz tu zostać?

- Nie wiem..

- Może chcesz już iść spać?

- Nie.

- Co się z Tobą dzieje?

- Nic.

- Bez dyskusji idziesz ze mną i już.!

Nie wiem co się wtedy ze mną działo, byłam jakby nieprzytomna w jakieś otchłani.. Ale On zabrał mnie stamtąd, zrobił mi kanapkę i stanęliśmy w jakimś korytarzyku w ciszy i spokoju. 15 minut mieliłam tą kanapkę, i w końcu zjadłam tylko połowę, a Jemu dałam resztę. Zaprowadził mnie na górę do mojego pokoju. Siadłam na łóżku, podparłam ręce na kolanach zasłaniając dłoniami twarz.  Nic nie mówiłam, milczałam.. Po dłuższej chwili Jim wyszedł, obiecał że zaraz wróci. I tak było, lecz ja nadal siedziałam w tej pozycji nawet na Niego nie patrząc. Mówił do mnie, lecz ja milczałam. Każdy Jego wysiłek związany z nawiązaniem kontaktu był daremny. Leżał na łóżku i wzrokiem próbował mnie rozgryźć. Tak minęła godzina, położyłam się na łóżku na którym siedziałam, nieustannie patrząc na Niego..

- Odezwij się do mnie.. – szepnął

- Przepraszam, że nie powiedziałam nikomu, że tu będę sama z Tobą..

- No trochę głupio wyszło ale nie mam Ci tego za złe, tak jak jest, jest lepiej..

Westchnęłam.

- Chcesz iść na dalszą cześć rekolekcji? – zapytał

- yym, nie wiem

- Ja nie idę, chyba że Ty pójdziesz..

- Zepsułam Ci rekolekcje, prawda?

- O czym Ty mówisz, nawet mnie nie wkurzaj.. [...]

Znowu milczeliśmy patrząc na siebie przez dłuższy czas a było już po 23. Zaczął mi coś opowiadać ale ja odpowiadałam pojedynczymi słowami. Powoli rozmowa przeradzała się w normalną luźną rozmowę a ja poczułam się znacznie lepiej.

- Późno już a Ty jesteś zmęczony z tego co widzę, może już chcesz iść spać?

- uhm idę idę zaraz..

- Chciałam Cie jeszcze o coś zapytać ale jak idziesz spać to spoko.

- Nie no pytaj pytaj, rzadko mam okazje odpowiadać na Twoje pytania.

- Co byś zrobił, gdyby jakaś dziewczyna wyznała, że jest w Tobie zakochana..?

- Nic, po prostu nic, a skąd takie pytanie..?

- Bo wiesz, mam taką koleżankę co się zakochała w księdzu, On wyjechał ale Ona nie mogła o Nim zapomnieć i napisała Mu o tej miłości, na co On nie zareagował, nie odpisał i nie daje znaku życia..

- Słuchaj często zdarzają się takie przypadki a ten ksiądz pewnie tak zrobił aby łatwiej Jej było zapomnieć..

- Ale mógł chociaż z Nią pogadać..

- To i tak by nić nie zmieniło..

Chwile milczeliśmy w zadumaniu..

- Ja, nie jestem pierwszej urody, wiem, ale było tak kiedyś, że dziewczyna się we mnie zakochała i powiedziała mi o tym

- a co Ty na to?

- Nic, jestem kapłanem, to tak jakbym był żonatym mężczyzną.

- Nawet gorzej… – mruknęłam

- No tak racja, o wiele gorzej. Jeśli znajomość księdza z zakochaną w Nim dziewczyną jest dla Niej zła a wręcz niszcząca, to trzeba ograniczyć kontakt do minimum a jeśli to jest konieczne, to zerwać całkowicie tę znajomość bo tak jest łatwiej zapomnieć..

- A co z cierpieniem? Wyobraź sobie jakie to musi być trudne..

- Owszem, ale wiesz, uczucia mają to do siebie, że z czasem wygasają..

- No tak masz racje..

[...]

- Śniadanie mamy o 9, przyjdę po Ciebie jakoś koło tej godziny. Obudzić Cię, czy dasz radę wstać? – zapytał.

- Możesz mnie obudzić, późno wzięłam tabletkę więc ciężko będzie mi wstać..

- Martwię się o Twoją bezsenność.. Nic, będę u Ciebie o 8.

- Okej, spij dobrze

- Ty również. Dobranoc.

Była północ jak poszedł do siebie, a ja nie mogłam zasnąć. Około 3 zdołałam przysnąć lecz tylko na 2 godziny.. O 5 się obudziłam i już nie spałam. Poszłam do łazienki trochę się ogarnąć, otworzyłam zamek od drzwi i położyłam się, daremnie usiłując usnąć jeszcze na chwilę.

7:59 do pokoju wchodzi Jim jak do siebie.

- Eeeej..

- hmm ?

- Nie spałaś, prawda..?

- 2 godziny…

- Ojej.. biedna..

- Nie musisz się martwić o mnie..

- Jaasne. Nic idę się modlić, przyjdę jeszcze przed 9 i idziemy coś zjeść.

- Oki spoko.

Zjedliśmy śniadanie po czym mieliśmy iść na Mszę, ale że zostało trochę czasu to poszliśmy do mnie na leżakowanie. Umówiliśmy się z moim bratem, że zawiezie Nas na PKP koło południa i wrócimy sobie pociągiem do domu (klasztoru). I tak też właśnie było. Na dworcu poszliśmy kupić bilety. Oczywiście On pierwszy dokopał się do portfela i kupił i sobie i mi bilet co mnie lekko wkurzyło. Spojrzał na moją wścieknięta minę i uroczo się uśmiechnął. Nie chciał, żebym Mu oddawała kasę za bilet ale przegadałam Go i wyszło na moje. Podeszliśmy do budki z fast foodami i się zaczęło..

- Kebaba chcesz?

- Nie jestem głodna.

- Nie denerwuj mnie nawet, co chcesz jeść?

- Nic, powiedziałam coś już.

- Zapiekanka może być?

- Nie zjem i tak.

- Czyli rozumiem, że może być.

- Okej skoro chcesz jeść i zapiekankę i swojego kebaba to kupuj.

- Ale Ty jesteś upartą feministką.

- A Ty nie pasującym do swojego wieku dżentelmenem!

Uśmiechnęliśmysię, i szliśmy na peron jedząc po drodze nasz obiad. Zdążył już zjeść kebaba jak ja zjadłam dopiero 3 gryzy. Weszliśmy do przedziału i oddałam Mu zapiekankę lekko nagryzioną..

- Umrzesz mi z głodu i Twoi mnie zabiją.

- I bardzo dobrze, będzie spokój, kończ tą zapiekankę i nie marudź.

Męczył tą zapiekankę i w końcu powiedział że nie da rady zjeść całej i zostawił mi kawałek.. Musiałam ją dokończyć bo cóż zrobić.. W pociągu zasnął i prawie cała drogę spał opierając się o moją rękę. Obudził się 15km przed miejscem wysiadania.

- Idziesz z buta do klasztoru?

- Nom a co?

- Po mnie brat przyjedzie i jedziemy jeszcze po drodze do tej cioci co niedaleko klasztoru mieszka

- Ok to się z Wami zabiorę

- Nie zaproponowałam Ci tego. :D

- Okropna feministka..  – odparł z uśmiechem

- Dobra żartuję, jak będziesz grzeczny to może się zabierzesz.

[...]

 

I tak minął mój najlepszy weekend z ukochanym :)

Wyjątkowo piękny dzień.. :)

Był to słoneczny poranek, kiedy wstałam i wyszykowałam się na wyjazd z ukochanym na jednodniową wycieczkę. Mieliśmy pociągiem jechać do pewnego miasta 100km od Nas. Umówiliśmy się na daną godzinę, żeby iść razem na dworzec. Już sama droga przysporzyła Nam wiele śmiechu, m.in. z siebie nawzajem :) Kwadrans później kupiliśmy bilety na pospieszny, wsiedliśmy, zajęliśmy swój przedział, zasłonił firaneczki i tak właśnie zaczął się ten wyjątkowy dzień.. ;) Siedzieliśmy sami w przedziale całe półtora godziny na przeciwko siebie, gadaliśmy całą drogę o głupotach, śmialiśmy się nie raz do rozpuku a w chwilach ciszy wpatrywaliśmy się w siebie z lekkim smutkiem..

Dojechaliśmy na miejsce, przeszliśmy kawałek drogi na przystanek, kupił Nam bilety, chciałam wielokrotnie Mu oddać kasę za to, ale nie dało rady, zbytni z Niego uparciuch.. ;) Autobusem jechaliśmy prawie godzinę, a co spojrzeliśmy na siebie to zaczęliśmy się uśmiechać przypominając sobie  coś głupiego co działo się w pociągu :) Załatwiliśmy, co mieliśmy załatwić, wcześniej niż tego się spodziewaliśmy, a co za tym idzie ? Mieliśmy jeszcze więcej czasu dla siebie! :) Wracając tym samym miejskim, siedzieliśmy razem i prawie całą drogę się z siebie śmialiśmy, nie zważając na dziwne spojrzenia innych ludzi. Jak wysiedliśmy to zaprosił mnie na obiad do bardzo przytulnej knajpki. Zamówił Nam dwudaniowy posiłek, jednak ja zdołałam zjeść tylko zupę i troszkę drugiego dania, czyli można powiedzieć ze Jim zjadł dwa obiady.. :) Bardzo nieswojo czułam się, gdy tyle ludzi Nas obserwowało, spytałam się czy Jemu to nie przeszkadza, lecz On powiedział, że mam się niczym nie przejmować bo ludzie od zawsze się dziwnie patrzą na takie coś. Opuściliśmy tę knajpę, i łaziliśmy po zaludnionym rynku, rozmawiając na (prawie) każdy możliwy temat. Weszliśmy do jednego sklepiku z pamiątkami i tam kupił mi mały upominek z wycieczki. :) Idąc dalej pomiędzy ludźmi natknęliśmy się na dwie kobiety które reklamowały restauracje i bardzo chciały Nam wcisnąć ulotkę i zaprosić Nas do restauracji na „obiad dla dwojga”. Jak już odchodziliśmy od Nich to powiedziały: „taka ładna z Was para, dajcie się skusić na obiad dla dwojga..” A Jim się wtedy zarumienił a ja się tak śmiałam  z tego, że myślałam że padnę ze śmiechu, On również po chwili śmiał się. :D Później siedliśmy sobie na ławce w rynku i na przeciwko Nas stała para całująca się dość wyzywająco. Zniesmaczyliśmy się troszkę na ten widok i przeszliśmy dalej a tu znowu jakaś dziewczyna rzuciła się na swojego chłopaka i zaczęli się namiętnie całować. Zaśmiałam się a On powiedział „Jeezu bałbym się takiej kobiety”, i znowu śmiech :D

Dobiegała godzina mojego powrotnego pociągu, więc odprowadził mnie na dworzec, kupiłam bilet i czekając na pociąg, krzątaliśmy się w pobliżu, nawet mieliśmy iść jeszcze na piwo, ale wzbroniłam się mówiąc „o nieee, z księdzem nie pójdę publicznie na piwo”, a poza tym niedługo miałam już mieć pociąg . Podprowadził mnie pod sam mój pociąg. Przytuliliśmy się na pożegnanie, On wtulił policzek w moje włosy i nie zwracaliśmy już uwagi na ludzi wokół.. Po chwili rozeszliśmy się już.

Dał mi najpiękniejszy dzień ze wszystkich możliwych, byłam Mu za to ogromnie wdzięczna.. Całą drogę powrotną miałam przed oczami obraz  Nas, kobiety i księdza w tłumie ludzi.. Ale Ci ludzie nie mieli już znaczenia. Teraz liczy się tylko On. Kocham Go bezgranicznie i niczego nie żałuje. :)

Wszem i wobec oznajmiam, że kocham Go, prawdziwie i naturalnie. . :)

Tydzień temu pisaliśmy, i znowu poszła dawka szczerości i właśnie wtedy prawie się wygadałam o tej miłości. Na szczęście jest zbyt mało inteligentny i udało mi się wybronić z moich słów i On nadal nic nie wie.. :) Bardzo mnie prosił tak o modlitwę, jak i o to, żebyśmy się spotkali. Tak się składało, że akurat na tygodniu miałam urodziny i konkurs z biologii więc postanowiłam sobie, iść do kościoła na pierwszą Mszę tego dnia. Wtedy właśnie mieliśmy się spotkać i pogadać. Weszłam do zakrystii chyba jako pierwsza (poranne msze odprawia okołu 8 kapłanów) i zobaczyłam w spisie, że Jim nie ma zapisanej żadnej intencji na tą Mszę. Lekko się zmartwiłam, będąc pewna, że zapomniał o mnie i nie przyjdzie. Minuty do mszy mijały a ja czułam, że po raz kolejny mnie wystawił.. Chwilę przed Mszą się zjawił, moje serce zabiło szybciej, oczy zaiskrzyły, wiedziałam bowiem że przyszedł tylko dla mnie gdyż nie miał żadnej intencji na tą Mszę. Przez całą Mszę widziałam jak strasznie był przybity, czym również mnie zaraził.. Gdy się skończyło to nabożeństwo, poczekałam na Niego i byłam wielce zdziwiona bo kapłani (poza Jimem ) po kolei składali mi życzenia a dowiedzieli się oczywiście od Jima, że to właśnie tego dnia wypadały.. :D

Byliśmy już sami w salonie, On poszedł gdzieś po kawę a ja naszykowałam szklanki. Chciał mi zrobić nawet śniadanie ale w tamtej chwili na prawdę nie byłam głodna więc mimo przekonywania odmówiłam. Po chwili wrócił, podszedł do mnie, uścisnął mnie i tak składał mi życzenia urodzinowe.. :) Potem to już siedzieliśmy, śmialiśmy się i gadaliśmy, chyba o wszystkim możliwym. Nie brakowało też momentów ciszy które wypełnialiśmy patrzeniem sobie prosto w oczy. Po takich dwóch godzinach On musiał gdzieś iść, więc musieliśmy się zebrać i rozejść. Umyłam szklanki i trochę tam ogarnęłam co by miał mniej roboty i wyszliśmy na zewnątrz. Podziękowałam Mu za piękne rozpoczęcie dnia i odstresowanie przed konkursem, który miał  być za niespełna 2 godziny. Przytulił mnie na pożegnanie i kazał dać znać co i jak po konkursie.

I nadeszła niechciana chwila, kiedy zaczęłam pisać konkursowy test. Po skończeniu, działo się wiele przykrych dla mnie rzeczy, które doprowadzały mnie do łez. Napisałam do Jima o wszystkim, ale przez emocje nic nie dało się zrozumieć z treści smsa. Odpisał mi coś tam ale jakoś obojętne mi było wszystko, nawet sms od Niego. Wieczorem gdy siedziałam z rodziną z racji moich urodzin, zadzwonił do mnie. Wtedy wypłakałam się Mu doszczętnie. Gadaliśmy kwadrans a ja poczułam ulgę, pewnie dlatego, że jak Go potrzebowałam On był. Nie zostawił mnie jak to często bywało i czego się obawiałam..

Właśnie o takiej relacji marzyłam od dawna, właśnie tego pragnęłam  -  żebym była dla Niego kimś takim jak On dla mnie, żeby zaufał mi mimo, że ja jeszcze nie do końca Mu ufam. Właśnie ten dzień uświadomił mi jak bardzo Go kocham, jak wiele dla mnie znaczy Jego każde poświęcenie mające na celu moje dobro.

Chodzę każdego dnia przygnębiona gdy wiem, że ma problemy a co gorsza ten smutek napływający do mnie jest odruchem bezwarunkowym.. Jednak wewnętrznie jestem bardzo szczęśliwa. Jestem po prostu obdarzona największym szczęściem jakie Bóg mógłby mi dać przez całe życie..

Dlaczego On tak się zachowuje…?

Coraz częściej pisze z Jimem na fb, podkreślając że to On zawsze pisze do mnie pierwszy. Ostatnio prosił mnie żebym przyszła do Niego, jednak ja chciałam Go olać, żeby poczuł się tak jak ja setki razy. Nie przyszłam, nie napisałam, nie dałam znać. On na mnie czekał, napisał, zadzwonił, powiedział że martwi się o mnie i że mam się z Nim skontaktować jak będę mogła gadać (wtedy jak dzwonił powiedziałam, że nie mogę rozmawiać obecnie). Kazał mi nawet obiecać, że się odezwę. Oczywiście obietnicy nie dotrzymałam. Następnego dnia widziałam Go w kościele, myślałam że na mnie poczeka i wtedy się trochę wytłumaczę. Nie zaczekał… Później siedząc w domu biłam się z myślami ogólnie wszystkimi, które kłębiły się w mojej głowie i wewnętrznie czułam jak jestem rozdzierana. Stwierdziłam, że pora odezwać się do Jima. Napisałam, i rozmowa się przedłużyła, tym razem bardzo nalegał żebyśmy się spotkali. Uświadomiłam sobie, że tym razem nie da rady się wywinąć i to na prawdę byłoby szczeniackim zachowaniem. Prosto po lekcjach poszłam więc pod klasztor jak się umówiliśmy(było koło 17 godziny) i tam na Niego czekałam ze 2 minuty, stojąc na schodkach. On podszedł z naprzeciwka i przytulił mnie mocno na powitanie.. A mi było niezmiernie miło patrząc na Niego z góry( byłam 2 schodki wyżej niż On) będąc w Jego objęciach.. Najpierw tak łaziliśmy po alejach, później poszliśmy do reflektarza bo zrobiło się zimno. Gadaliśmy chyba z półtora godziny, a w tym w większości się z siebie śmialiśmy :D W pewnym momencie wparował do pokoju Robb, patrzył przez chwilę to na Jima to na mnie z niedowierzaniem.. Ja wtedy tylko powiedziałam do Jima „ja pierdziele, dlaczego On musiał tutaj przyjść..” Po tej akcji byłam bardzo zdenerwowana i ledwo Jim zdołał mnie uspokoić.

Właściwie tak niewiele czasu razem spędziliśmy a mimo to, muszę przyznać, że było rewelacyjnie – na prawdę poczułam się jak Jego przyjaciółka.. Czułam się całkowicie swobodnie w Jego obecności tak przy rozmowie jak i przy długim minutach ciszy i wpatrywania się w siebie nawzajem.. Nie chciałam się z Nim rozstawać, ale wiedziałam że musi iść już na modlitwy więc zebraliśmy się, odprowadził mnie do wyjścia i staliśmy tak jeszcze chwilę w przedsionku patrząc na siebie. Po minucie otworzył ramiona żebym się do Niego przytuliła i oczywiście nie było inaczej. Staliśmy tak dłuższą chwilę a później jak już powoli wychodziłam powiedział, żebym częściej do Niego przychodziła i trzy razy dziękował mi za ten dzień..

Po powrocie do domu napisał do mnie na fb i znowu chwilę pisaliśmy i śmialiśmy się :)

Im bardziej próbuję się oddalić, tym On jest bliżej..

Męczyły mnie wyrzuty sumienia, że wczoraj Go trochę olałam, a przecież On tak wiele razy postąpił ze mną, że nawet nie zdołałabym tego teraz policzyć. Mimo wszystko udałam się dziś do kościoła, zastanawiając się czy Go spotkam. Oczywiście było tak jak myślałam – Odprawiał akurat dziś tę Mszę. Jak zwykle w zakrystii gadaliśmy trochę, ale co mnie po raz kolejny zdziwiło, czekał na mnie po mszy. Rozmawialiśmy tym razem z 10 minut..

[...]

- Przyjdź w niedziele na spotkanie, okej?

- Nie da rady, już Ci mówiłam, że więcej tam mnie nie zobaczysz..

- Schowaj tę swoją dumę i przyjdź bo mamy obgadać imprezę kościelną które będzie niedługo.

- Ale i tak chyba nie będę mogła Ci pomóc przygotować wszystkiego bo mam lekcje do 17 i się nie wiem czy wyrobie na tą imprezę nawet.

- A co masz ostatnie?

- Dwie godziny polskiego

- Hm.. Napiszę Ci zwolnienie :)

- Chyba żartujesz, na prawdę mógłbyś mi napisać?

- Nom czemu by nie. Tylko dowiedzą się Twoi rodzice że masz lewe zwolnienie to znowu się na Ciebie wkurza..

- Oj tam, nic się takiego nie stanie

- Więc pomyślimy jak będzie ale jeszcze się dokładniej zgadamy co i jak na fb

- No dobra spoko

- Albo wiesz co, zadzwonię do Ciebie i będzie najlepiej, ale Ty chyba nie odbierasz ode mnie..

- Nie no co Ty spokojnie dzwoń jakby coś

- Wczoraj nie odebrałaś ani nie odpisałaś a wiedziałaś, że będę do Ciebie dzwonił..

- No wieem..

- Więc co się działo?

- Nie chciało mi się wczoraj gadać..

- Aha?

- Ale chyba nie masz mi za złe?

- Nie no co Ty rozumiem przecież, nic się na prawdę nie dzieje..

- To spoko, w takim razie dzwoń i się jeszcze dogadamy co i jak

- Okej :)

[...]

I tak właśnie wyglądała część dzisiejszej rozmowy… Szczerze, to nie mogę się doczekać kiedy będzie dzwonił.. Chciałabym żeby zawsze było tak między Nami, nic więcej mi nie potrzeba. „Ale dziś jest dobrze, jutro już będzie na pewno inaczej..” W końcu nic nie trwa wiecznie i czas się przygotowywać na być może już niedługo nadchodzącą dawkę cierpienia..

 

 

kocham czy może nie..?

Wciąż siebie okłamuje, a ileż można..?

-…Nie wiem, może w ten sposób chcesz się uchronić od tej miłości?

-Niee, bo przecież ja wcale Go nie kocham, więc skąd to pytanie się wzięło…

- Ale dlaczego najmniejsza rzecz z Nim związana przyprawia Cię o dreszcze?

- Jakież znowu dreszcze, przecież tylko jest dobrym moim kumplem, o czym tu mówić..

- Więc dlaczego przed każdą Mszą liczysz tylko na to, że Go spotkasz?

- Po prostu lubimy się i miło spotkać się z kimś, kto wspiera w nawet „najtrudniejszych” chwilach życia.

- A więc Go kochasz?

- Nie no nigdy w życiu, już raz kochałam, teraz to jest tylko przyjaźń…

Bo właśnie tak wygląda codzienna moja wewnętrzna rozmowa serca i rozumu… Miał dzisiaj do mnie zadzwonić, ale ja wiedziałam że nie będę mogła odebrać od Niego telefonu bo akurat w tym czasie miałam być w kawiarni. Więc skąd te motyle w brzuchu jak się wyświetlił na wyświetlaczu mojego telefonu oraz jak mi napisał smsa? „Przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi”

Rozmawiałam z Nim dzisiaj będąc w kościele 5 godzin po powrocie z melanżu. Pierwsze Jego słowa brzmiały „Znowu piłaś..? Co to znowu za okazja do imprezowania była..?” Ale skąd On wiedział że było tak jak zawsze..? Jak zobaczył, że znowu zatapiałam smutki w procentach? Dlaczego znowu nachalnie chciał, żebym Mu powiedziała co się dzieje..? Czy On na prawdę chce poznać przyczynę wszystkiego złego co się dzieje w moim życiu? Czy aby na pewno jest gotowy na wiadomość, że zamienił moje życie w istne piekło? On jest silny, zniesie wszystko, lecz ja nie zniosę utraty Jego, nigdy więcej na to nie pozwolę.. Zbyt bardzo Go…hmm.. kocham?

koszmar..?

Nigdy nie przypuszczałabym, że uczucie może tak wyniszczać człowieka.. Jim – zdawałoby się, że zachowała się, a wręcz utrwaliła przyjaźń miedzy nami, lecz czy aby nie tylko przyjaźń jednostronna? Tysiące pytań tego typu pozostaje bez odpowiedzi.. Każda dziewczyna, która na Niego spojrzy, zakręci się wokół Niego w przeciągu sekundy staje się dla mnie intruzem. A On? Z sekundy na sekundę ma coraz więcej takich koleżaneczek, młodych głupich pustych laluń. I jeszcze myśli, na prawdę myśli, że wszystkie które się wokół Niego kręcą są takie szczere i dobre jak wyglądają… Jego naiwność doprowadza mnie do szału. Nienawidzę Go bardziej, niż największego wroga a to wszystko dlatego, że każdy dzień pokazuje mi jak bardzo jest dla mnie ważny, jak mną całkowicie zawładnął.

Od dłuższego czasu wydaje mi się, że już Go nie kocham, że wszystko wygasło a On pozostał dla mnie dobrym kumplem. Jednak zazdrość… – ona nie odpuszcza..  Dzisiejszy dzień ciągle płakałam, nie mogłam się zebrać w sobie a to wszystko nawet nie wiem dlaczego. Nie wiem co się dzieje ze mną z moim życiem i czy to wszystko ma jeszcze jakikolwiek sens…

Powoli sama nie nadążam za tym co się dzieje..

Ten wpis miał się odnosić do całkowicie czegoś innego, tamten rozdział (z Jimem) miał być już zamknięty, a jednak po ostatnich wydarzeniach to jest nie możliwe…

Pewnego popołudnia, około tydzień temu wybrałam się na różaniec, byłam przekonana że będzie odprawiał to nabożeństwo Robb (dawny zaprzyjaźniony kapłan). Jednak w pewnym sensie się rozczarowałam, gdy zobaczyłam Jima wchodząc do zakrystii. Obawiałam się, że po raz kolejny będzie mnie unikał, a już zdążyłam doświadczyć bólu jaki za tym idzie. Przez pierwsze dwie minuty było tak jak się spodziewałam, lecz później nagle zaczął zadawać mi tysiące pytań typu „Co słychać w ogóle u Ciebie?”, „Co się z Tobą dzieje?”, „Dlaczego nie przychodzisz na spotkania?” itp. Nie wiedziałam co Mu powiedzieć, byłam totalnie zmieszana, a On stał i patrzył się na mnie, jak gdyby chcąc sprawdzić czy to co odpowiem będzie prawdą. Odpowiedziałam Mu tylko „Nie czuję potrzeby brania udziału w tych spotkaniach”. On dalej drążył niespokojnie temat i zadawał retoryczne pytania „Coś Ty znowu wymyśliła?”, „Czemu tak mówisz?” itp.. Później przekonywał mnie dość długo, żebym została na Mszę (która odprawiał po różańcu), co byśmy po niej porozmawiali chwile. Zgodziłam się – nic dziwnego, od dawien dawna mam do Niego słabość. Minęła Msza, prosił żebym minute zaczekała na Niego i w końcu wyszliśmy na zewnątrz by pogadać. Rozmowa była krótka (może trwała z 10 minut) i strasznie chaotyczna, bardziej nazwałabym to kłótnią o swoje racje. Nalegał, żebyśmy skończyli gadać następnego dnia, ale ja odmawiałam w każdy możliwy sposób, ostatecznie po wielu Jego podejściach zgodziłam się na spotkanie 4 dni później.

I spotkaliśmy się, jak też wcześniej Mu obiecałam. Zostałam na Mszy, którą odprawiał, gadaliśmy trochę w trakcie niej na co ludzie dziwnie reagowali. Chcąc się upewnić czy zostanę po Mszy, pytał się mnie co później robię, czy mam czas na rozmowę i inne tego typu podteksty. Co miałam zrobić, zostałam i spacerując z Nim po ledwie oświetlonych alejach (było kolo 19 i zdążyło się ściemnić :)) spokojnie rozmawialiśmy. Opowiedziałam Mu o ostatnich zmianach, które zaszły w moim życiu, a On opisał mi Jego wcześniejsze życie (przed zakonem). Po tym co usłyszałam byłam zmieszana, czułam się roztargniona i byłam przepełniona żalem. Przytulił mnie a ja w Jego ramionach nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Rozbiło mnie to całkowicie, nie mogłam zebrać myśli, zobaczyłam że już późna godzina i muszę wracać do domu. Zrozumiał to, jeszcze jak się żegnaliśmy przytulił mnie i rozeszliśmy się…

Po powrocie do domu, zobaczyłam wiadomość na fb od Niego, w której chciał żebym dała Mu swój numer telefonu. Bez zastanowienia odpisałam…

Zimne relacje znów porwóciły.

Mogę spokojnie, powiedzieć że czekałam na to spotkanie z Jimem dwa miesiące, lecz to jest tylko pojęcie względne. Ten drugi miesiąc był całkowicie inny, pełen przemyśleń, tych które pozwoliły mi przejrzeć na oczy jaki On tak na prawdę jest. I nadszedł dzień spotkania (naszego jak i młodzieżowego), przywitaliśmy się tylko słowami „cześć” i podaniem ręki. Spodziewałam się, że wylądujemy w swoich ramionach jak to bywało przez wcześniejszy czas coraz częściej, lecz po raz kolejny się rozczarowałam. Stwierdziłam, że ta cała znajomość nie ma sensu po pół godzinnej rozmowie z Nim. Przez ostatni miesiąc (za granicą i po powrocie do domu) przemyśleń za bardzo Go poznałam i już nie wierzyłam praktycznie w żadne Jego słowo. Od tamtej pory nie zjawiłam się na żadnym spotkaniu młodzieżowym. Zbyt dużo się wydarzyło w moim życiu i na prawdę nie miałam ani sił ani chęci na słuchanie Jego kazań.

Na chwilę obecną nie odzywamy się do siebie, dziś się widzieliśmy w zakrystii lecz każde z Nas udawało, że się nie znamy… Tak jest lepiej, a przynajmniej uważam, że powinno być. Lepszy kontakt ograniczony do minimum, niż dane nadzieje które pozostają w głowie przez lata. Boję się tylko tego, że nadejdzie chwila w której nie wytrzymam i pojadę z Nim porozmawiać i wyjaśnić wszystko, nadrobić rozmowy z przed 4 miesięcy.. A wtedy będę mogła uroczyście oznajmić, że moje wygasłe uczucie do Niego ponownie się zapaliło.

Teraz zaczynam wchodzić w inne relacje, podkreślając że też zakazane, które wręcz mogą mnie zniszczyć jeszcze bardziej niż te, łączące z Jimem… Ale taka już jestem, wszystkiego muszę spróbować a później – po wielu wcześniejszych uprzedzeniach – tego żałować.

Życie zmusiło mnie do przemyślenia tego wszystkiego…

[...] Był jeden z moich względnie ulubionych miesięcy – czerwiec, kończąca się szkoła, piękna pogoda, i.. nabożeństwa czerwcowe – rzecz jasna. W każdym miesiącu, gdy były jakiekolwiek nabożeństwa widywałam się z Jimem 2-3 razy w tygodniu. Ale nigdy w życiu nie jest tak, że ciągle jest dobrze, musi nadejść chwila w której wszystko się zmienia jak na przykład radość, w nieuleczalny smutek..

Dowiedziałam się, że Jim wyjeżdża na ponad miesięczny urlop czego się spodziewałam, bo każdy kapłan ma taka możliwość raz w roku. W głębi duszy jednak prosiłam Boga nade wszystko, żeby nie doszło do tego abyśmy się nie widzieli przez dwa miesiące. Oczywiście stało się to czego się obawiałam. Wyjechałam za granice na miesiąc, właśnie ten miesiąc, w którym Jim był na miejscu w klasztorze. Dwa dni przed moim przyjazdem, On wyjechał do domu rodzinnego 150km od swojego zakonu. Nie widziałam Go ponad dwa miesiące. Z początku, jeszcze przed wyjazdem, strasznie się bałam jak to będzie – tak częste spotkania ograniczą się do zerowych przez tyle czasu. Starałam się zrobić wszystko by tego uniknąć, prosiłam Go żeby urlop przesunął, próbowałam zrezygnować z wyjazdu co było nie możliwe. Musiałam przyjąć to co było dla mnie niewyobrażalnie trudne, co było wręcz wyrokiem!

Czas leciał nie ubłagalnie szybko, jak gdyby chcąc przyspieszyć nasze rozstanie. I tak nadeszło ostatnie spotkanie młodzieżowe i ostatnie nasze umówione spotkanie pożegnalne na Mszy o 6:30 dnia w którym wyjeżdżałam. Było mi cholernie ciężko z każdym przebytym kilometrem, będąc w świadomości ze jestem coraz dalej i dalej od Niego. Za cały mój pobyt, może wymieniliśmy trzy maile, z tego powodu że jak zwykle mi nie odpisywał na nic. To właśnie najbardziej raniło, że z dnia na dzień czułam jak staje się dla Niego obojętna. Przy każdej okazji upijałam się jak się da, dołując się jeszcze bardziej. Straciłam sens całego życia będąc tysiące kilometrów od Niego, całkowicie sama z ludźmi którzy nie umieli zamienić słowa w moim języku. Nie spałam praktycznie każdej nocy, cały czas tylko myślałam, jakim jest dupkiem, jak się mną bawił i w jak prosty sposób, wkopałam się w wielkie bagno. Gdy nadszedł dzień Jego rozpoczęcia urlopu, nie chciałam już wracać do domu. Nie miało to dla mnie znaczenia gdzie jestem, chciałam tylko móc w spokoju popłakać i pobyć tylko ze sobą. Minął miesiąc, czas mojego powrotu (całkowicie mi obojętnego), przede mną była długa droga i dużo czasu na ostatnie przemyślenie tego, co właściwie czułam do Jima. Z jednej strony nie mogłam przestać o Nim myśleć, a z drugiej uważałam Go za zwykłego gnojka. I po 36-godzinnych medytacjach tego typu, podczas podróży dostrzegłam jak wielką pustkę mam w sercu. W domu nie mogłam się odnaleźć, zaczęłam dużo więcej pić, palić i schodzić na dno. Jedyną myślą jaką miałam nieustannie nad sobą to tylko to, żeby jeszcze nie wracał, żebym nie widziała się z Nim jak najdłużej się da. Wtedy uważałam, że moje uczucie do Niego wygasło i pozbyłam się problemu. Zanim się nie obróciłam, a został tydzień do Jego powrotu. Coraz bardziej i bardziej bałam się swojej reakcji jak Go zobaczę. A w końcu ten dzień nastąpił i rzeczywiście było inaczej niż się tego spodziewałam…

Co ja sobie wyobrażałam..?

[...] Na spotkania młodzieżowe chodziłam regularnie, starałam się organizować jak najwięcej ciekawych wypadów dla naszej młodzieży. Działałam z Jimem mając na uwadze przyciągnięcie jak największej ilości młodych i zachęcenie ich do uczestnictwa w niedzielnych spotkaniach. Oczywiście to była wersja oficjalna, którą znał Jim i wszyscy uczestnicy. Prawda była taka, że nie angażowałam się w to z żadnego innego względu jak tylko takiego, aby być jak najbliżej ukochanego, w co wkładałam całą siebie. Moje życie wyglądało tak – od niedzieli do niedzieli. Żyłam na co dzień przepełniona radością, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Niestety przy wszystkim co działo się wokół tego ważnego dnia spotkania towarzyszyła mi zazdrość, nie odstępując mnie wcale. Najbardziej nie mogłam pogodzić się z tym, że jest w kręgu „naszych osób” Debra(dziewczyna która wg mnie również jest zakochana w tym kim ja). Za każdym razem widziałam jak na Niego patrzy, uśmiecha się, a co najgorsze! Chciała być tak zaangażowana we wszystkie sprawy organizacyjne jak i ja! To był dopiero początek… Nie trzeba było czekać długo, aż zgłosi się na ochotnika do bycia lektorką (oczywiście ściągnęła to po mnie!).. Pewnie myślała, że jak też będzie w kręgu służby liturgicznej to również będzie odnosić się do Jima na „ty” a nie jak wszyscy do duchownego. To ona zepsuła całą piękną atmosferę, która zawsze towarzyszyła moim świetnym kolegom – lektorom, zakonnikom i mi. Jim traktował ją o wiele lepiej niż mnie na początku – bo jakże był zadowolony (i naiwny) z tego że jest tak pobożną osobą. Ona będąc w przekonaniu, że ma znajomości (tylko u Jima) zaczęła się rządzić w zakrystii co mi działało już na prawdę na nerwy. Przyszła i po miesiącu będzie mi tu niby decydować co każdy ministrant ma robić na mszy. Miarka się przebrała, tym bardziej że przychodziła tylko na te msze, które odprawiał Jim, bo jacy to niby nie są świetni przyjaciele.

Z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że tak na prawdę nie jestem dla Niego ani odrobinę więcej wart niż ta cała Debra i inne koleżaneczki ze spotkań. Bo właściwie nigdy nie interesował się co u mnie słychać, i jak tam w ogóle u mnie w życiu, chyba ze sama Mu o czymś powiedziałam. Jeśli napisze do Niego maila, żeby po prostu dowiedzieć się co u Niego słychać, to odpowiedzi nie dostane. Odpisuje mi tylko wtedy, jeśli uzna że ma to w czymś pomóc. Bezinteresownie nigdy się nie odzywa, a wszystkie maile skierowane do mnie, są duplikatem tych wysyłanych do wszystkich uczestników spotkań. To jest najbardziej upokarzające – traktowanie mnie na równi z tymi wszystkimi z którymi zna się mniej więcej o 5 lat krócej i którzy od początku przychodzą – nie dla dowiedzenia się czegoś nowego z Biblii, lecz dla rozrywki i zabicia czasu. No i oczywiście dla pośmiania się i pożartowania z Jimem, który jest taki naiwny…

Na chwilę obecną moje podejście do Niego zmieniło się, traktuje Go z większym dystansem, ale to już opowiem jak będę pisać o teraźniejszości. Na razie muszę złożyć jakoś całość w jedno opowiadanie ;)

Chwila przerwy i powrót miłości.

Życie biegło dalej, zbliżało się wesele mojej siostry które równało się ciągłym zamartwianiem czy wszystkie przygotowania idą jak należy. Ta piękna trzydniowa chwila trwała dłużej w moich wspomnieniach. Poznałam świetnego faceta dużo starszego i tak się poniekąd zaczął romans, który trwał chwile. On uświadomił sobie, że szanse na Nasz związek są bliskie zeru (układał sobie życie z inna..). Długo myślałam o tym wszystkim, starałam się zapomnieć, co w końcu się udało lecz dopiero po niecałym roku czasu.

W tamtym okresie całkowicie minęło to, co uważałam za zwykłe zauroczenie w kapłanie. Dopiero po tych długich 10 miesiącach niekontaktowania się z Jimem odkryłam, że to nie było tylko zauroczenie lecz coś więcej. A uderzyło to we mnie z podwójna siłą, gdy tylko udało mi się poukładać życie po przygodach dziejących się podczas wesela mojej siostry.Zaczęło się wszystko od nowa, zaczepiania, częste spotkania, umówione i spontaniczne, smsy, długie rozmowy. Pamiętam Jego święcenia kapłańskie na które jechałam 150km (dzięki kochanemu tacie który ze mną pojechał) i uśmiech jak mnie zobaczył z całkiem niedalekiej odległości. Całe poświęcenie warte było tego promienistego spotkania wzrokowego z Nim. Dorwałam Go po całej ceremonii, żeby złożyć Mu życzenia i mnie tak mocno pierwszy raz przytulił. :) Kolejne miesiące wzmagały tylko to uczucie, a serce ciągnęło mnie do kościoła wręcz codziennie, na każdą Jego Mszę. Wszystko układało się po mojej myśli, ciągle chodziłam uśmiechnięta, dopóki Jim nie postanowił zerwać ze mną całkowitego kontaktu nic mi o tym nie mówiąc. Nie wiedziałam co się stało, nic mi nie powiedział, unikał mnie jak tylko się da, tłumaczyłam sobie to w każdy możliwy sposób. Stwierdziłam ze zrobił tak, aby było lepiej, bo w końcu to nie mogło tyle trwać. Starałam się zapomnieć, lecz każdego dnia spadałam coraz niżej. Moje życie straciło sens tak samo szybko jak zaczęło być kolorowe. Nie dawałam rady i głowiłam się nad każda metodą na bycie znowu być bliżej Niego. Jedynym sposobem było wziąć udział w olimpiadzie teologicznej, w której poprosiłabym o pomoc Jima. Nie było inaczej, zaangażował się w nauczenie mnie wszystkiego potrzebnego. w ten sposób, można powiedzieć że był na każde moje zawołanie. Dzwoniłam o każdej porze dnia i nocy, pisaliśmy znowu i spotykaliśmy się częściej. Zaczął się na nowo mną interesować, a nawet stał się o wiele śmielszy niż wcześniej. Podchodził do mnie w kościele, zagadywał, rozwiązywaliśmy razem jakieś zadania konkursowe itp. W efekcie przeszłam do kolejnego etapu z czego się niezmiernie ucieszyłam, On również, przynajmniej teoretycznie… Obiecał, że również pomoże mi przy tym etapie konkursowym, a tu kolejny raz postanowił udawać, że mnie nie zna. Nie odpisywał, nie odbierał, kompletny zanik znajomości. Ja się wkurzyłam przeogromnie i robiłam wszystko żeby o Nim zapomnieć. Nie pisałam ani się nie odzywałam do Niego, unikałam Go, nie chciałam z Nim rozmawiać. Odsuwaliśmy się od siebie coraz bardziej, co mnie okropnie raniło. Ale powiedziałam sobie, że ja pierwsza się nie odezwę ani nic nie zrobię w kierunku podtrzymywania kontaktu, bo mnie po raz kolejny wykiwał. I taka cisza trwała około 3 miesiące. W kościele traktowaliśmy się służbowo, mówiłam do Niego „ojcze” zamiast jak to bywało na „ty”. I nadeszła ta przełomowa chwila – kłótnia w zakrystii przy kilku ministrantach, która przeradzała się stopniowo w żarty i ostatecznie pojawił się ten długo wyczekiwany uśmiech zarówno na Jego jak i na  mojej twarzy. Bez zastanowienia i wyjaśnień wybaczyłam Mu to dziwne zachowanie i można powiedzieć, że było jak dawniej. :) Częściej rozmawialiśmy, zaproponował mi żebym chodziła na spotkania młodzieżowe, które zacznie organizować. Przekomarzałam się z Nim, że oczywiście nie będę przychodzić, ale jasną sprawą było, że przychodziłam, oczywiście pół godziny wcześniej. Wątpił w te spotkania i w to, że młodzież traktuje to poważnie, a ja jak tylko umiałam podtrzymywałam Go na duchu. Wtedy czułam że być może ta przyjaźń działa w dwie strony.

W ten sposób przebrnęłam przez opowiedzenie Wam jakiś dwóch lat naszej znajomości, którą nie zawsze miło wspominam, ale sami przyznajcie, że nudno to mi nie jest ;]

Początki..

Jestem lektorką stąd też znam się z wieloma zakonnikami, kapłanami bardzo dobrze, wręcz niekiedy mogę powiedzieć o stosunkach przyjacielskich. Od samego początku gdy zdecydowałam się na nieco bliższe relacje z Bogiem poprzez służenie do Mszy traktowałam pewnego kapłana (wtedy jeszcze był klerykiem) jak własnego ojca. On zresztą również traktował mnie jak córkę, byłam Jego oczkiem w głowie a ja cieszyłam się że jest w kościele (mówię tu o zakrystii) ktoś kto mnie zna, lubi i z chęcią coś podpowie czy pomoże. Po pewnym czasie (po około dwóch latach) byłam w zakrystii lubiana i kontakt z nowymi klerykami przychodził mi z łatwością. Wszystko jednak pozmieniało się od momentu gdy zauważyłam, że jeden kleryk (diakon), który za rok miał zostać kapłanem, obserwuje mnie. Nie zwracałam na to uwagi lecz teksty Robba (tak będę nazywać mojego przybranego tatuśka – kapłana ;p) zaczęły wzbudzać moje zainteresowanie. Często przyjeżdżał do mnie i denerwował mnie mówiąc np: „i co tam u Twojego ukochanego który nie odrywa od Ciebie wzroku? Miłość dalej kwitnie czy Jim (kolejne przybrane imię kleryka) jest zbyt nieśmiały żeby zagadać?” Rzeczywiście Jim był nieśmiały i jedyne krótkie dialogi wywodziły się głównie ode mnie. Zaczęłam i ja delikatnie podpatrywać Jima i rzeczywiście na mnie patrzył dosyć często (tj mi ciągle powtarzał Robb), później również uśmiechał się lecz bardzo skrycie. Podobało mi się to coraz bardziej i chciałam widywać się z Nim częściej. Również tak było, krótkie spotkania przed nabożeństwami, uśmiechy, zaczepki, dogryzanie itp. Nie potrzeba było mi więcej do zakochania się w Nim…

Nadszedł czas zawitania w świecie ;)

Bardzo długo myślałam o założeniu tego bloga, nie byłam pewna czy w końcu zdecyduje się dzielić publicznie codziennymi wydarzeniami związanymi… – z tymi zakazanymi. Jednakże dojrzałam do tej decyzji i oto tu jestem ;)

Mam nadzieje ze moje wpisy będą wystarczająco dla Was ciekawe i być może pomogą niektórym z Was. ;)

Z góry proszę o wyrozumiałość i cierpliwość. Miłego czytania! ;]